Jak zwykle na ostatnia chwile. W poprzednia sobote mielismy jechac na potrojne urodziny. Za kazdym razem, gdy odwiedzalam jakikolwiek sklep, kartki byly na ostanim miejscu listy. Oczywiscie nie kupilam ani jednej. Nie bylo innego wyjscia, jak usiasc i zrobic samemu. A ze byly to dzieciece urodziny, zagonilam do tego Kasie. Przy mojej malej pomocy wyszly je takie oto karteczki.
I wszystkie razem.
KISS SLOWLY, LAUGH LOUDLY, LOVE DEEPLY, FORGIVE QUICKLY, AND THANK GOD EVERYDAY FOR YOUR MANY BLESSINGS.
Wednesday, July 27, 2011
Tuesday, July 26, 2011
SAL Guimauve et Violette
Na jednej z francuskich stron znalazlam nowa zabawe. Co prawda moj francuski jest na tak wysokim poziomie, ze poza dzien dobry i kocham cie nie znam ani jednego slowa. Oczywiscie uzywam tlumacza googla. Jest on tak dobry, ze zastanawiam sie czy ja wogole znam polski. Czasami zdania przetlumaczone nie maja najmniejszego sensu i jeszcze wiekszy robia metlik w glowie. Ale czego to sie nie robi dla swojego hobby.
Coraz bardziej podoba mi sie udzial w SAL-ach. W jakis dziwny sposob SAL mnie mobilizuje do pracy, bo przeciez oprocz tej "narzuconej" pracy sa inne bardzo ciekawe robotki, ktore czekaja w kolejce. Nieprawdaz?
Ale wracajac do mojego nowego SAL-a...... Znalazlam go u Valerii. Bylam sporo spozniona, ale nadrobilam zaleglosci i w tej chwili, na trzecim etapie wyglada wlasnie tak:
Coraz bardziej podoba mi sie udzial w SAL-ach. W jakis dziwny sposob SAL mnie mobilizuje do pracy, bo przeciez oprocz tej "narzuconej" pracy sa inne bardzo ciekawe robotki, ktore czekaja w kolejce. Nieprawdaz?
Ale wracajac do mojego nowego SAL-a...... Znalazlam go u Valerii. Bylam sporo spozniona, ale nadrobilam zaleglosci i w tej chwili, na trzecim etapie wyglada wlasnie tak:
Wyszywam na 18-tce (jakos nie moge sie jeszcze przemoc do lnianego materialu). Kolor? Oj, to trudno powiedziec. Mial byc kremowy, jest brudno szaro-kremowy. I tak juz zostanie.
Monday, July 25, 2011
CAMP 1
Wakacje. To przepiekny czas. Cieplo i milo. Dlugie dni i cieple, krotkie noce. Czego jeszcze potrzeba do szczescia? No tak, ale jak sie ma dzieci, to trzeba cos z nimi zrobic w czasie tego cudownego czasu. Jest to wielki problem a szczegolnie tu w Stanach. Wyslanie dziecka na kolonie kojarzy sie kazdemu z kupa pieniedzy, polkolonie i owszem sa, ale i one kosztuja nie malo. Gdyby nie to, ze pracuje tam gdzie pracuje, nie wiem czy byloby nas stac na jakiekolwiek atrakcje wakacyjne dla naszego dziecka. I tu to mam duzo szczescia. Ze wzgledu na pracownicza znizke, polkolonie nie kosztuja majatku, a moja corka tak sie dobrze bawi, ze nie mysli o powrocie do domu.
Ten camp (owe polkolonie) wyglada troche inaczej niz wiekszosc z nich. Kasia mogla sobie wybrac klasy, w ktorych chcialaby brac udzial. Co tydzien co innego i do tego rano inne zajecia a po poludniu inne. Poniewz mamusia lubie robotki reczne, coreczka nie ma wyjscia i musiala wybrac kursy robotkowe. Dzieci na zasadzie zabawy ucza sie roznych ciekawych rzeczy.
W pierwszym tygodniu popoludniu Kasia piekla desery. Przepis z campu zrobil furrore na przyjeciu u znajomej (ale sie chwale. Co nie? Ale co! Dumna ze mnie matka).
Natomiast rono bylo malowanie farbami wodnymi. Kazdego dnia, Kasia przynosila inny obrazek. Powiem szcezrze, ze bylam zaskoczona koncowymi efektami. Same osadzcie:
Pierwszego obrazka nie zdarzylam obfocic, maz zabral do pracy.
Tematem dnia byla symetria
Na podstawie opowiadania dzieci mialy namalowac smoka, bohatera opowiesci
Wyobraz sobie, ze jestes mniejsza niz biedronka, namaluj swiat widziany swoimi malutkimi oczami
Dzungla i jej mieszkancy
Tak mi sie podobaly Kasi obrazy, ze oprawilam w ramki i zdobia sciany w moim pokoju w pracy. Moge je podziwiac codziennie.
Ten camp (owe polkolonie) wyglada troche inaczej niz wiekszosc z nich. Kasia mogla sobie wybrac klasy, w ktorych chcialaby brac udzial. Co tydzien co innego i do tego rano inne zajecia a po poludniu inne. Poniewz mamusia lubie robotki reczne, coreczka nie ma wyjscia i musiala wybrac kursy robotkowe. Dzieci na zasadzie zabawy ucza sie roznych ciekawych rzeczy.
W pierwszym tygodniu popoludniu Kasia piekla desery. Przepis z campu zrobil furrore na przyjeciu u znajomej (ale sie chwale. Co nie? Ale co! Dumna ze mnie matka).
Natomiast rono bylo malowanie farbami wodnymi. Kazdego dnia, Kasia przynosila inny obrazek. Powiem szcezrze, ze bylam zaskoczona koncowymi efektami. Same osadzcie:
Pierwszego obrazka nie zdarzylam obfocic, maz zabral do pracy.
Tematem dnia byla symetria
Na podstawie opowiadania dzieci mialy namalowac smoka, bohatera opowiesci
Wyobraz sobie, ze jestes mniejsza niz biedronka, namaluj swiat widziany swoimi malutkimi oczami
Dzungla i jej mieszkancy
Tak mi sie podobaly Kasi obrazy, ze oprawilam w ramki i zdobia sciany w moim pokoju w pracy. Moge je podziwiac codziennie.
Sunday, July 3, 2011
JOGODOWE PLONY
U nas rozpoczal sie sezon jagodowy, wlasciwie sezon na amerykanska borowke. Dlatego w piatek wybralysmy sie z kolezanka na jagodki. Zabralysmy dzieci, krem z filterm i wyruszylysmy na jagodobranie. Jagod bylo w brod i ogromne jak banie.
Na miejsce zbiorow zawiozla nas specjalna limuzyna, czyli traktor z wozem.
Nasze dzieci zaszyly sie w krzakach i pochlonelo je zbieractwo.
A oto efekty naszej pracy.
Pozniej wybralysmy sie na karminie zwierzatek w pobliskiej zagrodzie. Dzieci karmily kozy i osly.Sunday, June 26, 2011
SPECJALNE ZAMOWIENIE
Rok temu, moje wowczas siednioletnie dziecie narysowalo mi rysunek i powiedzialo mi, ze chcialaby miec wlasnie taka sukienki i to koniecznie w zielonym kolorze. Probowalam jej wytlumaczyc, ze niestety daleko mi do krawcowej, ale ona sie uparla. Obiecalam jej zielona sukienke, ale niestety nie bedzie przypominac tej z rysunku.
Troche sie ociagalam, jesli mozna powiedziec, ze rok to tylko troche, i zabralam sie za obiecana zielona sukienczynke. Gora ma byc zrobiona na drutach z wplecionymi koralikami.
Koraliki sa bardzo zblizone do koloru wstawki na materiale.Kiedys, bardzo dawno temu, zrobilam swojej siostrze kolczyki, ale jakos dziwnym zbiegiem okolicznosci nigdy nie udalo mi sie ich wyslac. Dorobilam jeszcze dwie pary i w czwartek NA 100% poleca do Polski.
Wednesday, June 15, 2011
LONGWOOD GARDENS PONOWNIE
Musialam wziasc przymusowy urlop. Moje dziecko skonczylo w piatek szkole, a do kolonii jeszcze dwa tygodnie. I co tutaj z nia zrobic? Babcie i ciocie w Polsce, a znajomych nie moge za mocno obarczac, wiec przez tydzien siedze z dziecmi w domu, a w nastepnym bede sie ze starsza ciagac do pracy. Dobrze, ze moj szef bedzie juz nieobecny przez nastepne dwa miesiace.
No tak, ale przez ten tydzien musze czyms zajac dzieci. Wczoraj bylam w parku i na placu zabaw oraz na basenie, a dzisiaj sie wybralysmy do Pensylwenii do Longwood Gardens. Przecudowne miejsce!!! Szkoda, ze tak daleko ode mnie. Jakies 160km w jedna strone.
Pogoda byla cudowna. Wlasnie taka, jaka mozna sobie wymarzyc do chodzenia po parku. Swiecilo sloneczko od czasu do czasu i wial mily wiaterek. Zas z drugiej strony (czy zawsze musza byc dwie strony?) nie byl to odpowiedni czas do odwiedzenia tego wlasnie parku. Roslinki wiosenne juz przekwitly, a letnie jeszcze sie nie pokazaly, ale i tak warto bylo.
Na dowod tego zarzuce was zdjeciami.
Zacznijmy od domu wlasciciela parku - pana du Ponta. Pierwsze zdjecie to miejsce do przechowywania naczyn i sejf na srebra. Pod spodem z lewej strony znajduje sie elektryczna suszarka do recznikow (okolo 1930 roku). A z prawej strony czesc paleniska.
A to jedno z drzew, ktore dopiero dzisiaj wpadlo mi w oko. Nazywa sie Princess Tree (Drzewo ksiezniczka). Charakteryzuje sie liscmi w ksztalcie serca.
Moje dziewczynki karmily rybki.
Hibiskusow bylo co niemiara, ale te kolory przykuly moja uwage.
A czy znacie ten kwiatek? Nazwy nie pamietam, ale pamietam, ze przed moim wyjazdem z Polski byl popularnym doniczkowym kwatkiem urodzinowym. Woda w srodku kwiatka utrzymuje sie caly czas i dzieki temu ma caly czas wilgoc. A kwitnie na niebiesko.
A oto male cudenka. Wygladaja jak sztuczne miniaturki. A jednak prawdziwe. Niektore datuja sie na 1910 rok.
Na zdjeciu jest drzewko granatu z owocami z 1910, a na drugim - wiaz chinski z 1929
Drzwi obrosniete "pasozytami"
Na drugim zdjeciu jest kwitnacy kaktus.
A to park lilii wodnych. Po raz pierwszy mialam okazje, aby powachac lilie wodna. Zapach niezapomniany - miodowo -ananasowy. Na ostatnim zdjeciu sa liscie lotosu z paczkami kwiatowymi.
Owoce jednej z palm.
Moje ulubione miejsce. Kacik wisteriowy. Chociaz wisteria dawno juz przekwitla, to alejka ma nadal swoj urok.
Hortensja z liscmi w ksztalcie lisci klonowych.
To miejsce mnie zauroczylo. Przypomina mi laki w Polsce.
Ostatnie spojrzenie na park.
Jadac pierwszy raz do tego parku, mozna bylo spotkac mase starych domow i farm. Wiekszosc z nich juz nie istnieje, a jesli juz to sa opuszczone. Jak to wlasnie:
No tak, ale przez ten tydzien musze czyms zajac dzieci. Wczoraj bylam w parku i na placu zabaw oraz na basenie, a dzisiaj sie wybralysmy do Pensylwenii do Longwood Gardens. Przecudowne miejsce!!! Szkoda, ze tak daleko ode mnie. Jakies 160km w jedna strone.
Pogoda byla cudowna. Wlasnie taka, jaka mozna sobie wymarzyc do chodzenia po parku. Swiecilo sloneczko od czasu do czasu i wial mily wiaterek. Zas z drugiej strony (czy zawsze musza byc dwie strony?) nie byl to odpowiedni czas do odwiedzenia tego wlasnie parku. Roslinki wiosenne juz przekwitly, a letnie jeszcze sie nie pokazaly, ale i tak warto bylo.
Na dowod tego zarzuce was zdjeciami.
Zacznijmy od domu wlasciciela parku - pana du Ponta. Pierwsze zdjecie to miejsce do przechowywania naczyn i sejf na srebra. Pod spodem z lewej strony znajduje sie elektryczna suszarka do recznikow (okolo 1930 roku). A z prawej strony czesc paleniska.
A to jedno z drzew, ktore dopiero dzisiaj wpadlo mi w oko. Nazywa sie Princess Tree (Drzewo ksiezniczka). Charakteryzuje sie liscmi w ksztalcie serca.
Moje dziewczynki karmily rybki.
Hibiskusow bylo co niemiara, ale te kolory przykuly moja uwage.
A czy znacie ten kwiatek? Nazwy nie pamietam, ale pamietam, ze przed moim wyjazdem z Polski byl popularnym doniczkowym kwatkiem urodzinowym. Woda w srodku kwiatka utrzymuje sie caly czas i dzieki temu ma caly czas wilgoc. A kwitnie na niebiesko.
A oto male cudenka. Wygladaja jak sztuczne miniaturki. A jednak prawdziwe. Niektore datuja sie na 1910 rok.
Na zdjeciu jest drzewko granatu z owocami z 1910, a na drugim - wiaz chinski z 1929
Nie moglam sie oprzec, aby nie pokazac azalii bonzajka. Ja nie moglam wychodowac malego, zwyklego krzaczka, a tu prosze miniaturka.
Wiszace cudnosci.Drzwi obrosniete "pasozytami"
Na drugim zdjeciu jest kwitnacy kaktus.
A to park lilii wodnych. Po raz pierwszy mialam okazje, aby powachac lilie wodna. Zapach niezapomniany - miodowo -ananasowy. Na ostatnim zdjeciu sa liscie lotosu z paczkami kwiatowymi.
Owoce jednej z palm.
Moje ulubione miejsce. Kacik wisteriowy. Chociaz wisteria dawno juz przekwitla, to alejka ma nadal swoj urok.
Hortensja z liscmi w ksztalcie lisci klonowych.
To miejsce mnie zauroczylo. Przypomina mi laki w Polsce.
Ostatnie spojrzenie na park.
Jadac pierwszy raz do tego parku, mozna bylo spotkac mase starych domow i farm. Wiekszosc z nich juz nie istnieje, a jesli juz to sa opuszczone. Jak to wlasnie:
Mam nadzieje, ze was nie zanudzilam......
Saturday, June 11, 2011
KURY NA ZERDZI - CZESC 2 i OSTATNIA
I sie udalo!!!! Nie wiem co sie ze mna dzieje, ale nie mam sily na wieczorne robotki, a innego czasu na nie juz nie mam. Walczylam ze snem i z zamykajacymi sie oczami i wygralam. Obrazekwraz z wypraniem i wyprasowaniem skonczylam o drugiej nad ranem. Z rana pozostalo mi tylko wlozyc do ramki i zapakowac.
Wedlug relacji mojego dziecka, pani sie bardzo podobal podarek i to mi wystarczy.
I efekt koncowy.......
Tuesday, June 7, 2011
KURY NA ZERDZI
Po powrocie z wakacji ogarnelo mnie straszne robotkowe lenistwo. Przez dwa tygodnie nie zrobilam ani jednego oczka na drutach czy szydelku, ani jednego krzyzyka, ani nie nawloklam jednego koralika. A o ksiazkach nie wspomne. Gapilam sie wieczorami w telewizor jak sroka w gnat. Musialam sie troche przebudzic, jak Kasia przyszla do mnie i powiedziala, ze musimy pomyslec o prezencie dla pani na koniec roku. Wtedy sie dopiero obudzilam!!!!! Przeciez zapomnialam o kurach dla wychowawczyni. Po dokladnym obejrzeniu schematu, stwierdzialam, ze nie bedzie tak zla i moze uda mi sie go skonczyc na czas.
Pomimo uciekajacego czasu, ja nadal sie obijam.
A do piatku tak niedaleko......
Sunday, June 5, 2011
DISNEY WORLD
Chyba zrobilam najlepsza rzecz pod sloncem, zabierajac dzieci do Disney World w zamian za impreze komunijna. Pewnie, ze chcialabym sie podzielic ze wszystkimi swoja radascia i chcialabym, aby wszyscy odczuli moja dume i szczescie, ze moje dziecie przystapilo do Pierwszej Komunii. Niestety stalo sie inaczeji nie zaluje tego. Spedzilysmy cudowne cztery dni na Florydzie. Bylysmy w czterech parkach i przede wszystkim mialysmy cudowna pogode. Warto bylo pojechac, nawet gdy musialam stac dwie godziny w kolejce po zrobienie zdjecia z Repanzel. Bylysmy juz zmeczone i chcialam zrezygnowac, ale dobrze, ze nie zrobilam tego. Te dwie godzinyzostaly szybko zapomniane, gdy spojrzalam w szczesliwe oczka Kasi. Byla w siudmym niebie.
Animal Kindom byl pierwszym naszym parkiem.
A dla tego zdjecia stalysmy dlugoooo w kolejce.
Animal Kindom byl pierwszym naszym parkiem.
The Holywood Studios bylo naszym drugim celem.
Czwartek spedzilysmy w Magic Kingdom. Rzeczywiscie ten park jest pelen magii. Udalo nam sie zobaczyc parade elektryczna i cuuudowne fireworki.A dla tego zdjecia stalysmy dlugoooo w kolejce.
Ostanich pare godzin poswiecilysmy na Epcot.
Niestety wakacje sie skonczyly i wrocilysmy do rzeczywistosci. Kasia musiala nadrobic zaleglosci, a ja wrocic do pracy.
Subscribe to:
Posts (Atom)



















